Niedawno miałem sen. Był on na tyle wyjątkowy, że po obudzeniu o trzeciej w nocy wziąłem do ręki telefon i zacząłem pisać.
Stałem oto przed wysokim blokiem. Na ostatnim piętrze było otwarte okno. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę że się unoszę. Coraz wyżej i wyżej. Wystraszyłem się, bo było to coś nienormalnego, nad czym nie miałem kontroli. Wleciałem przez nie i zobaczyłem pijaną starszą kobietę, otoczoną pustymi butelkami po alkoholu. Leżała na łóżku i chrapała. Obudziłem ją i powiedziałem że musi przestać, bo droga, którą obecnie idzie, przynosi cierpienie jej i innym dookoła. Po tym, jak to powiedziałem, stwierdziłem że to już wszystko i że powinienem się wydostać z tego mieszkania. Okno co prawda nadal było otwarte, ale ryzykowałem upadek z wielu pięter gdybym próbował udawać gołębia. Stanąłem na środku pokoju i zacząłem medytować. Gromadzące się wokół mnie pole energii zacząłem kierować w strumień w kierunku ziemi. I znowu poczułem lekkość ciała.
A potem zostałem postrzelony w plecy, przez jakąś młodą dziewczynę. Z pistoletu maszynowego. Kilka kul wylądowało w moich plecach. Nie czułem bólu ran postrzałowych, ani też nie miałem do niej o to żalu. Ona sama chyba miała większe wyrzuty sumienia. Chodziłem sobie więc po placu pełnym ludzi i każdego, kto mnie spotkał i chciał udzielić pomocy grzecznie dziękowałem i odmawiałem, mówiąc że za chwilę mnie tu nie będzie, bo to element podróży.
Chodzi o pewien stopień świadomości że cokolwiek by się nie stało to i tak jesteśmy tu tylko na chwilę. Największy strach bierze się z tego że to, dokąd zmierzamy jest nieznane, a sami najczęściej tworzymy nasze wyobrażenia na temat tego, co jest po śmierci na podstawie lekcji religii przekazywanych na podstawie ramy programowej, lub jednej księgi, która na przestrzeni wieków zmieniała treść i interpretacje.
Takie mam sny.