Na początku było fajnie. Radość że można sobie pozwolić na odrobinę swobody. Pospać odrobinę dłużej, zamiast biec na tramwaj. Trochę odpuścić wszechogarniający pęd. Wystarczyło zrobić tylko to, co trzeba. Oh, jaka wygoda! Praca w domu, mieszkanie w biurze. Zaszyć się zdala od irytujących ludzi w swoim ciepłym betonowym kokonie. Mokry sen każdego mizantropa! Tak miała wyglądać wymarzona przyszłość, w której pracować można wszędzie. Przyszłość, w której dzięki zdobyczom technologii stajemy się niezależni.

Pierwsze poddało się ciało. Mała ilość ruchu zaczęła się odbijać na ogólnej kondycji. Tsunami lenistwa zalało gospodarstwa domowe dzięki obfitości usług, które gotowe są spełnić dowolne gastronomiczne życzenie w przeciągu godziny. Legiony kurierów czekały w blokach, aby dostarczyć Nam każdą przesyłkę ku naszej satysfakcji.

Wspomnienie letniego odurzenia słońcem oddalało się z każdym dniem i zaczynało przypominać odległy sen. Letni czas, który pozwalał przypomnieć sobie jak to oszukiwało się system podczas tajnych spotkań z drugim człowiekiem. Wszystko to w świecie pełnym ograniczeń wprowadzanych przez ludzi bez wyobraźni dla ludzi bez wyobraźni.

Drugie załamanie nadeszło w Październiku. Czyżby przedawkowanie „Hygge”? Siedząc od Marca w mieszkaniu, pracując przy stole, przy którym zwykle się je. W anturażu ciągle tych samych ciemnych podłóg i białych ścian. Widząc na żywo jedną osobę w porywach do kilku przy rzadkich okazjach. Pomimo niezliczonych spotkań na wideokonferencjach. Ot, chwilowa zapaść woli. Owa chwila trwa do dziś.

I tak oto nadeszła jesień i wszystko wskazuje na to że właśnie wjeżdżam do głębokiego ciemnego tunelu, z którego nie wiadomo kiedy wyjadę. Nie wiadomo kiedy wszyscy wyjedziemy. Nie wiadomo też czy to się kiedykolwiek skończy. A jeśli tak, to czy będzie jak dawniej? Znaczy normalnie? A kiedy było „normalnie”? A czy „normalnie” oznacza dobrze? Są pytania. Nie ma odpowiedzi.

Były plany, podróże, motocykle, tatuaże. Zamiast tego jest dres, Netflix, koc, media społecznościowe, ból ciała spowodowany nadmiarem niczego i deficytem chęci. Każdy z nas zdążył już sobie wyprowadzić wzór na stres jako różnicę potencjałów pomiędzy „miało być”, a „obecnie jest”.

Czas od Marca stał się jednym niekończącym się dniem. Składającym się z tych samych czynności, tych samych wydarzeń, w tych samych ścianach. Bez perspektyw. Nikt już nie wierzy w nowe doniesienia o rychłym końcu pandemii, bo nikt nie wie kiedy to się skończy. Nikt nawet już nie wie co jest prawdziwe. Niektórzy się przyzwyczaili do nowej rzeczywistości, inni starają się zachować spokój ale gołym okiem widać że w baku spokoju zapaliła się kontrolka. Wjechaliśmy do tunelu. Robi się coraz ciemniej. Może na wiosnę będzie lepiej. Póki co jedziemy więc dalej.

Do światła.